Miało być jak z filmów z Van Dam’em – ostre walki zawodników różnych stylów, bez rękawic i ochraniaczy, w mrocznym i tajemniczym miejscu… no i było. Koniec.

No dobra, zacznę od początku i po kolei.

Była to pierwsza edycja gali, nowej organizacji. Spodziewać się można było wielu niedociągnięć, braków, wpadek. Jeśli z takim nastawieniem ktoś przyjechał na galę, to się rozczarował, pozytywnie.

Produkcja przebiegała bardzo sprawnie. Wszystko było dopięte na ostatni guzik i jakoś nie zauważyłem, by któryś z nich odleciał pod naporem nieprzewidzianych sytuacji. Wszak można było się ich spodziewać, bo była to gala inna niż wszystkie.

Zasady w skrócie. Walka jeden na jeden na otwartej arenie otoczonej fosą. Dwukrotne wypchnięcie do niej przeciwnika, dawało zwycięstwo. Walka bez rękawic. Dozwolony szeroki wachlarz technik, łącznie z uderzeniem głową w stójce. Brak limitu czasowego, walka kończy się poddaniem, nokautem, albo wypchnięciem. Z tego ostatniego zrezygnowano w walce finałowej, bo faktycznie, było to bardzo skuteczne i czasem przedwcześnie kończące dobre walki rozwiązanie.

Gala odbyła się w hali Muzeum Hutnictwa Cynku w Katowicach. Rozległa stara hala fabryczna tonęła w półmroku, rozjaśniana precyzyjnie dobranym oświetleniem i dekoracjami. Bardzo ładny koszmar fotografa sportowego.

Dekoracje przywodzące na myśl plemiona pierwotne były spójnie dopełnione ubiorami hostess i artystów odpowiedzialnych za oprawę muzyczną i taneczną. Konwencji nie psuła nawet obsługa techniczna, jednorodnie ubrana na czarno, od butów po kominiarki. Godna podziwu konsekwencja i dbałość o szczegóły.

Fotografowanie backstage ma swój urok. Można pojawiać się tam, gdzie normalnie nikt z kamerą nie biega. Ma to też drugą stronę, mroczną… to znaczy jest tam po prostu na ogół ciemno i ciężko robić zdjęcia.

Szatnie zawodników, z punktu widzenia fotografa nie są problematyczne. Drobny rozruch, tejpowanie dłoni, odprawa przed walką – wszystkie te elementy mają raczej niską intensywność, ale przeciętne oświetlenie nie przeszkadza. Nie potrzeba krótkiego czasu naświetlania, jest też więcej czasu na ustawienie ostrości, jeśli autofokus by nie łapał.

Inaczej sprawa wygląda podczas wyjść zawodników na arenę.
Jeszcze przed samą walką mieli oni chwilę na rozgrzewkę i ostatnie przygotowania. Plastyczny półmrok poprzecinany smugami żółtego światła, szybkie ruchy podczas walki z cieniem i ja, zmagający się ze wielką trójcą ekspozycji i ostrością, tylko by uchwycić cokolwiek sensownego.

Podobnie podczas wyjścia do walk. Jako, że wyłaniali się oni z półmroku, miałem dosłownie sekundy na złapanie kogoś w kadrze, gdy mnie mijali. Potem musiałem nieco odczekać, by nie pojawić się w kamerze i pozostawało mi fotografowanie od tyłu, że tak powiem. Ale nie narzekam, ta strona była nader interesująca estetycznie.

Arena walk była już lepiej oświetlona. Co ważne, dosyć równomiernie, mimo, że dalej ciemnawo. Temperatura barwowa około 3600, żółto. Ustawiam czas naświetlania na granicy rozmazania uderzeń. Głębię ostrości płytką, a ISO na skraju akceptowalności.
Autofokus mojego leciwego Nikona D3 nie pomagał delikatnie mówiąc, więc pozostało mi manualne ostrzenie, co przy półmroku jest nieco problematyczne. Jakoś poszło.

Stękanie to zakończę tym, że nie mogłem podejść specjalnie blisko areny. Na szczęście zdjęcia z walk nie były w moim przypadku najważniejsze, więc nie musiałem mieć dobrych kadrów z każdej z nich.

Podsumowując, gala jak żadna inna. Takie też były wyzwania. Pięknie dopracowana estetycznie, stąd i zdjęcia udane, choć zawsze można by było lepiej. Na przyszłość będę miał łatwiej, dzięki doświadczeniu tu zebranemu, ale też i w miarę nowemu Sony, którym postanowiłem zastąpić Nikosia. Chyba napiszę o tym więcej, ale innym razem.